środa, 7 stycznia 2015

W Wielkim Moczarze

Przyjmowanie zaproszeń na europejskie festiwale literackie ma swoje zalety - szczególnie wtedy, kiedy jesteś matką wychowującą dwoje dzieci. Podczas takich samotnych, zwykle kilkudniowych wyjazdów, można się zresetować, pobyczyć w hotelu i poczytać książki. Niedawno odwiedziłam miasto położone w irlandzkiej prowincji Munster, które Celtowie trafnie nazywali Wielkim Moczarem. Organizator festiwalu podwiózł mnie pod hostel i zniknął. 
Od razu się zorientowałam, że wylegiwanie się w nieogrzewanym, wilgotnym pokoju nie ma sensu, więc postanowiłam, że tym razem dobrze wykorzystam moje honorarium i po zwiedzaniu miasta będę codziennej zaglądać do innej restauracji, aby w tym wielokulturowym miejscu popróbować zup świata. Pierwszego dnia odwiedziłam tajski Eden, gdzie zamówiłam zupę przypominającą polski żurek - z tą różnicą, że pływały w niej: trawa cytrynowej i kawałki kurczaka. W drodze powrotnej na kwaterę dopadły mnie mdłości. Na szczęście turecki rikszarz pomógł mi odnaleźć mój hostel. Tam w dwóch swetrach, opatulona po uszy kocem czytałam do późna Taksim Andrzeja Stasiuka. 
Następnego dnia w Wielkim Moczarze trwała zbiórka datków dla dzieci Czarnobyla. Z mojej diety literackiej została mi tylko dycha euro, więc w porze lunchu ominęłam centrum i odnalazłam rekomendowaną w przewodnikach restaurację The Market Lane, gdzie zamówiłam nieco tańszą zupę dnia, która smakowała tak, jakby kucharz zmiksował niedogotowane podgrzybki ze śmietaną.
Trzeciego dnia miałam czytanie. Przed występem posiliłam się zupą z soczewicy w The Istambul. Zupa była przepyszna, doprawiona tak jak lubię, świeżą kolendrą, ale podawali ją w filiżance do espresso. Po wszystkim głodna i zmęczona wróciłam do zimnego pokoju, gdzie znowu sięgnęłam po Taksim i zaczęłam czytać rozdział, w którym bohater gotuje sobie obiad: „Dodałem roztopioną słoninę z cebulką i utłukłem ziemniaki w garnku. Robiłem to długo, aż zmieniły się w jednolitą, kremową masę przetykaną jasnobrązowymi skwarkami. Tak zawsze robiła moja matka.” 
Po w powrocie kilka dni jadłam kartofle z kefirem.

sobota, 20 grudnia 2014

Łabędź

Od października wożę córkę do szkoły autobusem, a potem, aby nie kwitnąć na przystanku, wracam pieszo do domu siedem kilometrów. Na początku narzekałam, że muszę przemierzać kawał drogi prowadzącej przez dzikie wertepy: Nettlestone, Seaview, Pondwell. Teraz cieszę się z moich porannych, przymusowych wędrówek. Waga mi spada, poziom cukru wraca do normy, no i w moim napiętym harmonogramie matczynym zyskuję godzinę na przemyślenia. Po drodze zdarzają się mi różne przygody: spotykam jeże, lisy i zabłąkane psy, ląduję w błocie, pokrzywach albo strumieniu.
Dziś było tylko gradobicie i zarwanie chmury. Zasłaniałam się torbą, ale lodowate kryształki i tak wpadały do kozaków i za kołnierz. Tuż za gospodą The Wishing Well (Studnia Życzeń) spotkałam drwali, którzy popijając sajdery, ukrywali się przed deszczem pod figowcem, a gdy dowlokłam się wreszcie do Ryde, pojawiło się słońce.
Na skwerku czekał on. Nie wiem dlaczego, przyczłapał tu samotnie z pobliskiego stawu. Wyglądał zniewalająco w mżawce na tle murawy. Pozwolił mi podejść bardzo blisko. Samochody trąbiły. Ludzie się zatrzymywali, a on spoglądał na przeciwległy brzeg cieśniny, gdzie majaczyła we mgle tak samo śnieżnobiała jak on wieża Spinnaker.

12.11.2014



niedziela, 16 listopada 2014

Żona Lota

Katamaran wypłynął z Portsmouth i skręcił trzydzieści stopni na południowy zachód, w stronę wyspy Wight. W bulajach krople wody kołysały się na żyłkach słońca. Na cieśninie pojawiły się żaglówki, dwa turystyczne liniowce i kontenerowiec załadowany skrzyniami. 
Na pokładzie moja bujna wyobraźnia zaczęła rozwijać film instruktażowy o zakładaniu kamizelek ratunkowych w długometrażową produkcję o katastrofach na Spithead: statku Royal George, Mary Rose, łodziach Wikingów, okrętów piratów, władców Jutów, Sasów, galer starożytnych Rzymian, którzy nazywali tę wyspę Vectis - po łacinie lewar lub dźwignia. Ląd „podźwignięty” nad większą wyspą, czy wyspa pod lądem jak dźwignia umożliwiająca rzymskiemu legionowi skok do kraju barbarzyńców?
Ani się nie obejrzeliśmy, a nasz fastcat zadokował w Ryde, lecz zamiast, jak się spodziewałam, widoku dzikiego wybrzeża z klifowym wąwozami, zobaczyłam panoramę śródziemnomorskiego miasta. Czy nie dopłynęliśmy do Francji? Ciągnąc wypchane walizki na stację kolejki zrobionej ze starych wagoników londyńskiego metra, deptałam ulotki z atrakcjami turystycznymi wyspy: zamek Carisbrooke, rezydencję królowej Wiktorii, ruiny rzymskiej willi i co mnie zainteresowało najbardziej, jeden z siedmiu cudów natury południowej Anglii - skalny przylądek The Needles w zatoce Alum Bay - trzy kredowe skały wystające z wody jak ogon zamienionego w kamień stegozaura. W roku 1759 Isaak Taylor naszkicował wśród nich jeszcze jedną wapienną opokę przypominającą słup soli, którą żeglarze w dziennikach pokładowych nazywali Żoną Lota. 
Zanim powódź z lodowców zalała dolinę położoną nad pradawną rzeką Solent, Żona Lota była szczytem wzgórza porośniętego dębikami i wierzbą zielną. Przechadzały się po niej mamuty, lwy jaskiniowe i inne plejstoceńskie ssaki. Pod koniec osiemnastego wieku nagle po prostu znikła, jakby rozpuściła się w wodzie. Geolodzy do dziś próbują rozwikłałaś zagadkę jej zniknięcia, bo jak tu uwierzyć, że Żona Lota tkwiła w zatoce Alum Bay od dwóch milionów lat, a potem w ciągu kilku minut zniszczył ją sztorm?

Lot’s wife

The catamaran set off from Portsmouth, turning thirty degrees towards the Isle of Wight. Portholes wet with salt water, droplets swaying in the sunlight. I noticed movement across the Solent: sailboats, two tourist liners and a loaded cargo ship. On board my imagination develops a safety instruction clip into a full-feature production, highlighting various Spithead catastrophes: Royal George and Mary Rose ships; Viking and pirate boats; Saxons, Jutes and ancient Roman galleys, who named the island ‘Vectis’ – translating to siphon or lever in Latin. An island levered above the mainland or a platform enabling the Roman legion to jump the barbarians? 
Before we knew our Fastcat docked in Ryde, however to our surprise, instead of seeing a wild cliff-filled coast we were greeted by a Mediterranean town. Isn’t this France? I wonder, dragging a stuffed suitcase towards the remains of timeworn tube carts, perfectly disguised as the island’s train. A tourist flier sticks to my sole, there are others: Carisbrooke castle, Osborne House (Queen Victoria’s ‘rural retreat’), ruins of a Roman villa and what interested me the most: The Needles – three stacks of chalk rising out of Alum Bay like the tail of an albino Stegosaurus. In 1759 Isaac Taylor sketched yet another stack amongst them, it imitated a salt pillar and sailors named her Lot’s wife.
Before the melted glaciers caused flooding of the valley rooted by the ancient river Solent, Lot’s wife topped hills overgrown with creeping willow and mountain avens. Mammoths, cave lions and other Pleistocene mammals strolled across her. Then suddenly, towards the end of the eighteenth century she vanished, as if dissolved in the water. Geologists still dwell about her disappearance, for how strong was the storm that ended her two million year engagement with Alum Bay?

Translated by Matt Grzegorzewski




czwartek, 13 listopada 2014

Mój Karol Marks

Dla Uli Chowaniec

Dowiedziałam się, że na mojej ulicy w Ryde całe lato 1984 roku spędził Karol Marks. Po drodze do piekarni postanawiam przyjrzeć się budynkowi, gdzie zatrzymał się człowiek, który zmienił świat. "Może trafię na jakieś ślady, znajdę tabliczkę czy porysowaną cegłę". Mijam studio artystyczne Depozitory - budynek, który podczas drugiej wojny światowej był magazynem zboża, a wcześniej, w czasach Marksa, kaplicą metodystów; mijam Brontë House, aby zatrzymać się wreszcie przy jedenastce. Czekam jakiś kwadrans, wzbudzając zainteresowanie drogowców, którzy ukryci za żółtymi bramkami, trzeci tydzień penetrują studzienki kanalizacyjne. Wreszcie moja cierpliwość zostaje nagrodzona. Coś szarego miga w oknie. Jest! To on! Trochę się zmienił przez te wszystkie lata. Broda mu przerzedła, wzrok złagodniał, ale po minie poznaję, że nie dokuczają mu już czyraki po pachami. Wygląda przez okno: dumny, zamyślony, z dziwnym spokojem obserwuje Nelson Street, która dawno straciła swój burżuazyjny charakter. Regencyjne wille należące w dziewiętnastym wieku do klasy wyższej, wynajmują teraz robotnicy. Uniformy powiewają na sznurach. W suterenie, w której mieszka bezrobotne małżeństwo z trojgiem dzieci, zapala się lampka. Zaniedbane przez landlordów domy przeżera wilgoć. W ogrodach przybywa gratów. Farba kruszy się z futryn. Jest ósma rano. Roznosi się zapach przypalonego mleka i tostów. Cała ulica, w której centrum znajduje się przedszkole, zanosi się płaczem. Niewyspane matki pchają wózki. Emigrant, uczestnik Arabskiej Wiosny Ludów, biegnie na pierwsza zmianę, aby powalczyć przy zmywaku. A Marks, dziś pręgowany dachowiec, nie reaguje, jakby zobojętniał na świat, przeciąga się i ziewa. Ożywia się dopiero wtedy, gdy listopadowy wiatr stracą liście z pożółkłego klonu i nabija je na druty wystające z ogrodzenia.