niedziela, 23 lutego 2014

*

O „przygodach z wolnością” mogę opowiedzieć z perspektywy pokolenia poetów Generacji Nic, ludzi urodzonych w latach siedemdziesiątych lub trochę później. Starsi koledzy mieli swój „BruLion”, podsuwali nam pod nos kultowy, niebieski numer „Literatury na Świecie” z nadrukiem biletu The Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Czytywaliśmy więc tak jak oni autorów szkoły nowojorskiej: Franka O’Harę i Johna Ashbery’ego, Kennetha Kocha w przekładach między innymi Piotra Sommera i Bohdana Zadury, kartkowaliśmy waybook’i legendarnego już wtedy poety, Jacka Podsiadły i poetyckie szturmówki Marcina Świetlickiego, a nawet powtarzaliśmy sobie Flupy z pizdy, teksty banalistów i pomysłowe dzyndzylyndzy totartowców, ale czy na nas, sfrustrowanych indywidualistów, robiły te wybryki jakieś wrażenie?

Nie nasi byli ci barbarzyńcy i nie nasi byli ci klasycyści. Mieliśmy dość brulionowej zgrywy, byliśmy wyobraźnią ośmieloną, chcieliśmy poezji podszytej inną podszewką, poezji napiętej, wzruszającej, oczekiwaliśmy większych wyzwań i nowych wrażeń językowych. W tym właśnie czasie, w latach dziewięćdziesiątych, pojawił się Andrzej Sosnowski wraz z jego książkami Życie na Korei i Sezon na Helu, który otworzył nam poezję na nieobliczalność językową i zainspirował nową grupę poetów. Nosiliśmy w plecakach książki Miłosza Biedrzyckiego, Edwarda Pasewicza, Mariusza Grzebalskiego, Adama Wiedemanna. Sporym wzięciem cieszyły się Dzikie dzieci Krzysztofa Siwczyka, teksty Romana Honeta, Macieja Woźniaka, Bartłomieja Majzla; dziewczyny zaglądały do książek Marty Podgórnik, Agnieszki Wolny, Klary Nowakowskiej. Jeździliśmy na konkursy i festiwale do Łodzi, Płocka, Krakowa, Warszawy, Kutna zaopatrzeni w gorzką żołądkową i gorzką czekoladę, nakarmieni w podupadających barach mlecznych dobijaliśmy do najważniejszego p o r t u – najpierw do Legnicy, potem do Wrocławia i wracaliśmy z „Dziennikami Portowymi”, z czarno-białymi tomikami Biura Literackiego. A nad całym tym lirycznym majdanem czuwał nasz dobry duch, krytyk towarzyszący, Karol Maliszewski. Potem, na przełomie wieków, kiedy po kolei upadały papierowe pisma literackie, poeci zaczęli wklejać wiersze i recenzje w internecie, w Krakowie pojawiły się dwa istotne nowe magazyny studenckie: „Ha!art” i (nieco wcześniej) „Studium”, które stały się ważną trybuną debiutów poetyckich i różnych literackich inicjatyw.

Mieliśmy swoich poetów i co z tego wszystkiego zostało? Fotki Gila Gilinga, wpisy na Nieszufladzie, na Poezji Polskiej, na Rynsztoku? Nawroty czytań na Manifestacjach, błyski ze slumów w zakopconych knajpach i nocy spędzonych w hotelikach, akademikach i internatach, wspomnienia z domówek, podczas których, po uprzednich odwiedzinach sklepu monotypowego, gadaliśmy o poezji do białego rana. Zdecydowana większość oblała egzamin z przetrwania w postkomunistycznym kraju, zakładaliśmy rodziny, staraliśmy się o etaty w szkołach, domach kultury, jako copywriterzy w agencjach reklamowych. Jedni milkli na długie lata, inni, tak jak ja, wyjeżdżali za granicę. Kilkoro zmarło z przećpania lub z przepicia, dwoje, których znałam, popełniło samobójstwo. Na parnasie pozostali ci sprytniejsi i wytrwalsi, nominowani i naznaczeni nagrodami, obdarzeni potrzebną w świecie literackim élan vital. Ich wiersze są przekładane na języki, a oni sami wciąż wydają nowe książki, produkują się na poczytnych łamach lub na blogach podpiętych do bardziej chodliwych czasopism. Reszta powolutku odchodzi w niepamięć, bo historia literatury, jak napisał Kazimierz Wyka w Wyznaniach uduszonego, jest zapisem zysków i strat...



niedziela, 16 lutego 2014

*

Od lat namiętnie czytam książki z fantastyki naukowej. Podkradam je z pokoju syna, gdy wraca z wyprawy do biblioteki w Newport. Po lekturze leżę w sypialni, czuję się jak naćpany Philip Dick. Próbuję wyobrazić sobie świat za dwieście lat, koduję go i sklejam powoli w całość. Myślę o małżeństwach cyklicznych, terapiach na nieśmiertelność, giętkich i przezroczystych jak niektóre rośliny akwariowe urządzeniach informatycznych z grafenu. Dzięki tym książkom mój wewnętrzny czas się tak szybko nie skurczy
Wchodzę na wielki dworzec z ruchomymi schodami. Zdaje mi się, że Europa od dawna nie istnieje. Jestem u Stanisława Lema. Zaraz włączy się alarm antyterrorystyczny. Schody się rozsuną i razem z innymi podróżnymi spadnę do wielkiego zbiornika z wodą. Innym razem, kiedy zauważam nową zmarszczkę na twarzy, przypomina mi się ta prostytutka z powieści Drewa Magary'ego, która ma ze sto lat, czuje się tak wyruchana, jakby przez wieki gwałciły ją armie androidów, a za sprawą genetycznego leku na długowieczność wygląda najwyżej na osiemnastkę i pragnie tylko jednego, kopnąć wreszcie w kalendarz.

czwartek, 13 lutego 2014

Marcin Rumiński 1972 - 2004

Dziesięć lat temu, w sobotę 14 lutego, po powrocie z wyprawy „Paryż-Dakar 2004” do Afryki Zachodniej zmarł w Instytucie Chorób Tropikalnych w Gdyni mój kolega, Marcin Rumiński.

Był pisarzem, scenarzystą, reżyserem i podróżnikiem. Ukończył Wydział Scenopisania PWSTiTv w Łodzi. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych pracował jako reporter w telewizji TVN i w Radiu C. W 2000 roku zadebiutował zbiorem opowiadań 'Krwisty befsztyk'. Sposób konstruowania akcji swoich opowiadań określił w wywiadzie opublikowanym w Studium słowami "to pamięć robi zdjęcie". "Rumiński nie upiększał opisywanej rzeczywistości i swoich bohaterów, nie nakładał żadnej stylistycznej draperii, nie stosował literackiego znieczulenia, gdyż świadomie nie pragnął opisywać życia i człowieka piękniejszymi, niż na to zasługują". Styl Rumińskiego jest bliski pisarstwu Marka Hłaski i Ernesta Hemingwaya. Marcin był też scenarzystą i współreżyserem filmu pt. "Powrót", który w roku 2003 otrzymał nagrody w konkursach filmów krótkometrażowych w Koninie, Warszawie i Brnie.

Na afrykańską wyprawę wyruszyli 26 grudnia 2003 roku spod Wielkiej Krokwi w Zakopanem. Sygnał do startu dał im Adam Małysz. To był rajd życia Marcina. Marzył o tym od dawna, był bliski osiągniecia celu już w połowie lat osiemdziesiątych. Wtedy jednak, na drodze ekspedycji, w której brał udział stanęło wojsko. Na południu Maroka trwała wówczas wojna i mundurowi kazali mu po prostu zawrócić. W 2004 ekipa Dopselu Grzegorz Szopa, Bohdan Bogucki, Robert Słaboński i Marcina, dojechała z przygodami w połowie stycznia na metę w Dakarze, którym Marcin napisał: „Zasłużony. Wyśniony. Nie zawiódł nas. Przypomina miasta Dalekiego Wschodu i Malezje, Hongkong, Tajwan. Zachodnia kultura plus miejscowa bieda. Przepaść między bogatym a zwykłym. To miasto daje wszystko i wysysa wszystko…”22 stycznia przekroczyli granicę Mali. Stamtąd mieli wracać do Europy. Z powodu awarii land rovera nie dotarli jednak do Timbuktu i zakończyli wyprawę wcześniej niż zamierzali.

Do kraju wrócił 6 lutego. Trafił do szpitala z wysoką gorączką, wcześniej dwukrotnie tracił przytomność. Okazało się, że mimo szczepień, zachorował na groźną odmianę malarii mózgowej. Dopiero po południu, 8 lutego, trzeciego dnia po przyjęciu do szpitala na Tysiącleciu w Częstochowie, otrzymał leki przeciwmalaryczne. 9 lutego przewieziono go do kliniki chorób tropikalnych w Gdyni. Zmarł 14 lutego. Miał trzydzieści dwa lata. Osierocił żonę Renatę i trzyletnią wówczas córeczkę, Blankę


Całym sercem wspierał i propagował działania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nawet z Afryki łączył się ze sztabem Owsiaka. Jego pasją były liczne wyprawy (1993-2004), w tym: za Krąg Polarny do Murmańska, Kazachstanu, Tadżykistanu, Turkmenistanu, Maroka, Senegalu, Mali. Tuż przed wyjazdem do Afryki odwiedził mnie w mansardzie przy al. Wolności w Częstochowie, wspomniał, że być może opublikuje prozę w wydawnictwie Czarne, planował, że na następną wyprawę pojedzie do Indii. Potem mignął mi już tylko w programie dokumentalnym Regiony Kultury wyemitowanym na antenie telewizji Katowice.

Jako redaktora Bulionu regularnie publikowałam jego teksty: jednoaktówkę 'Powrót', opowiadanie "Za sto dolarów" oraz po śmierci Marcina, treny Jego ojca, Krzysztofa Rumińskiego.

Odwiedziny u Marcina w jego mieszkaniu przy ulicy Dąbrowskiego w Częstochowie. Zapamiętałam tylko ciemne wnętrze, jakieś zdjęcia, notatki, szkice, sporo książek rozsypanych na podłodze, fajkę wodną do opium.
Marcin pokazuje nam slajdy z podróży. Ma silny męski głos, pewny siebie sposób bycia. Trochę nas onieśmiela. Z zapałem opowiada o korespondencyjnym kursie dla pisarzy. (Po latach dowiem się, że za tymi kursami z Zachodu stało CIA.) Na koniec czyta nam nowe opowiadania z przygotowywanej do druku debiutanckiej książki, którą wyda w Krakowie i jeden egzemplarz spali na chodniku po wieczorze promocyjnym w OPK Gaude Mater.
Mija kilka lat. Przypadkowo spotykamy się w Utopii i długo rozmawiamy o życiu, o naszym mieście. Marcin mówi, że dla pisania jest gotów zrobić wszystko. Ja popijam piwo i milczę. Nie potrafię tak jak on przyznać, że pisanie jest całym moim życiem. Na koniec żartujemy, że może kiedyś będziemy pisać o sobie nawzajem złośliwe pastisze albo sentymentalne wspomnienia.

Na ślub podarował mi drzewko. Moja rodzina posadziła je w ogrodzie, tuż obok domu. Marcin, ta jabłonka w tamtym roku zakwitła.


 ...ten pisarz, który w Afryce
zaraził się nad źródłem zarodźcem sierpowym.
Czy istnieje szablon hasła, który w skrócie opisze
jego ostatnie godziny, ból wysadzanych komórek i pamięci?


środa, 29 stycznia 2014

*

Lubię ją odwiedzać, oglądać chińskie klipy, popijać zieloną herbatę, słuchać historyjek o jej wyimaginowanych chłopakach z filmów kung-fu, legend o łowczyniach demonów lub o wyczynach proroka Sansu, który w głoszeniu dobrej nowiny tak się rozpędził, że splagiatował samego Chrystusa i zmartwychwstał trzy dni po tym, jak przejechał go najnowszy model Yuejina.
Kiedy jest na mnie zła, zakłada swoje tradycyjne sukienki z krótkim rękawami i demonstrując nieogolone pachy, z rozbawieniem obserwuje moją zdegustowaną minę.
Podczas mojej ostatniej wizyty, popijając dziwny napój z dwoma suszonymi pączkami róży, próbowałam ją namówić na wywiad:
– No zgódź się. Podpiszemy tekst pseudonimem. Europejczycy chcą poznać twoją historię, ucieczkę do Hongkongu z małej wioski, emigrację do Anglii. Wiele kobiet tak jak ty opuściło swój kraj z powodu miłości.
– Oszalałaś – odparła, wypluwszy uprzednio przeżuty paczek róży do swojego kubka. – Która normalna kobieta wychodzi za obcokrajowca z miłości?

piątek, 10 stycznia 2014

Mała Emigracja

Opowiada Justyna Daniluk (Londyn):

"W autobusie przekomarzam się z Jasiem, który zjadł za dużo chrupków kukurydzianych i jeszcze by chciał. Przygląda nam się dziewczynka. Na oko siedem-osiem lat. W pewnym momencie Jaś patrzy na dziewczynkę i mówi: halo.
- Hello little girl – mówię po angielsku. Dziewczynka przeciska się do nas bliżej przez zatłoczony autobus.
- Ja jestem polska – mówi na w...stępie i dodaje – Jadę na karate do… - zastanawia się. Nie może sobie przypomnieć, więc odwraca głowę i scenicznym szeptem pyta: „mama gdzie jedziemy na karate?”. Nie słyszę odpowiedzi mamy, bo dzieli nas pół autobusu i co najmniej dziesięć osób.
– Ealing Common – wyjaśnia mała i wskazując na Jasia pyta – A on jest polski?
- W połowie – odpowiadam.
- To, kto jest polski, jego mama czy tata?
- Ja jestem jego mamą – odpowiadam.
Chwila pełnej niedowierzania ciszy. Dziewczynka patrzy na mnie, potem na Jasia i mówi:
- Ale wiesz… on ma zupełnie inne kolory."


Opowiada Magda Raczyńska (Londyn):

"Maja kaszle i mówi:
- Chcę Calpol.
Ja: - Calpol nie jest na kaszel, tylko na gorączkę.
Maja: - Ale ja mam gołą rączkę!"

Rozmowy - zderzenia - opowieści w ArtPapierze

Miałam przyjemność rozmawiać korespondencyjnie z dwiema niezwykłymi kobietami:

MAŁGORZATA POŁUDNIAK:
"Może to jest tak, że za krótko mieszkam w Irlandii, żeby odczuwać tęsknotę i popadać w ten specyficzny rodzaj melancholii. Chociaż cała składam się z melancholii."
http://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=189&artykul=4084&kat=17



--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

AGNIESZKA PIŚKIEWICZ:
"czwartek stał się dla mnie piątkiem, piątek sobotą, a sobota niedzielą. Nowy rok to nie koniec grudnia, a okolice września. Dalej, język – zupełnie nieznany i niepodobny do innych, o obcym alfabecie. Poza tym moje prywatne okoliczności wyjazdu nie sprzyjały budowaniu poczucia pewności, bo pomimo przekonania o słuszności wyboru czy ciekawości nowego życia, wiązało się z tym też poczucie winy i strach przed nieznanym."
http://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=191&artykul=4128&kat=17