niedziela, 16 listopada 2014

Żona Lota

Katamaran wypłynął z Portsmouth i skręcił trzydzieści stopni na południowy zachód, w stronę Wight. W bulajach krople wody kołysały się na żyłkach słońca. Na cieśninie pojawiły się żaglówki, dwa turystyczne liniowce i kontenerowiec załadowany skrzyniami. Na pokładzie moja bujna wyobraźnia zaczęła rozwijać film instruktażowy o zakładaniu kamizelek ratunkowych w długometrażową produkcję o katastrofach na Spithead: statku Royal George, Mary Rose, łodziach Wikingów, okrętów siedemnastowiecznych piratów, władców Jutów, Sasów, galer starożytnych Rzymian, którzy nazywali tę wyspę Vectis - po łacinie lewar lub dźwignia. Ląd „podźwignięty” nad większą wyspą, czy wyspa pod lądem jak dźwignia umożliwiająca rzymskiemu legionowi skok do kraju barbarzyńców?
Ani się nie obejrzeliśmy, a nasz fastcat zadokował w Ryde, lecz zamiast, jak się spodziewałam, widoku dzikiego wybrzeża z klifowym wąwozami, zobaczyłam panoramę śródziemnomorskiego miasta. Czy nie dopłynęliśmy do Francji? Ciągnąc wypchane walizki na stację kolejki zrobionej ze starych wagoników londyńskiego metra, deptałam ulotki z atrakcjami turystycznymi wyspy: zamek Carisbrooke, rezydencję królowej Wiktorii Osborn House, ruiny rzymskiej willi i co mnie zainteresowało najbardziej, jeden z siedmiu cudów natury południowej Anglii - skalny przylądek The Needles w zatoce Alum Bay - trzy kredowe skały wystające z wody jak ogon zamienionego w kamień stegozaura. W 1759 Isaak Taylor utrwalił na rysunku jeszcze jedną wapienną opokę przypominająca słup soli - Żonę Lota.
Zanim powódź z lodowców zalała dolinę położoną nad pradawną rzeką Solent, Żona Lota była szczytem wzgórza porośniętego dębikami i wierzbą zielną. Przechadzały się po niej mamuty i inne plejstoceńskie ssaki. Geolodzy próbowali rozwikłałaś zagadkę jej zniknięcia, bo jak tu uwierzyć, że Żona Lota tkwiła w zatoce Alum Bay od dwóch milionów lat, a w osiemnastym wieku, w ciągu kilku minut, zniszczył ją sztorm?


czwartek, 13 listopada 2014

Mój Karol Marks


Dowiedziałam się, że na mojej ulicy w Ryde całe lato 1984 roku spędził Karol Marks. Po drodze do piekarni postanawiam przyjrzeć się budynkowi, gdzie zatrzymał się człowiek, który zmienił świat. "Może trafię na jakieś ślady, znajdę tabliczkę czy porysowaną cegłę". Mijam studio artystyczne Depozitory - budynek, który podczas drugiej wojny światowej był magazynem zboża, a wcześniej, w czasach Marksa, kaplicą metodystów; mijam Brontë House, aby zatrzymać się wreszcie przy jedenastce. Czekam jakiś kwadrans, wzbudzając zainteresowanie drogowców, którzy ukryci za żółtymi bramkami, trzeci tydzień penetrują studzienki kanalizacyjne. Wreszcie moja cierpliwość zostaje nagrodzona. Coś szarego miga w oknie. Jest! To on! Trochę się zmienił przez te wszystkie lata. Broda mu przerzedła, wzrok złagodniał, ale po minie poznaję, że nie dokuczają mu już czyraki po pachami. Wygląda przez okno: dumny, zamyślony, z dziwnym spokojem obserwuje Nelson Street, która dawno straciła swój burżuazyjny charakter. Regencyjne wille należące w dziewiętnastym wieku do klasy wyższej, wynajmują teraz robotnicy. Uniformy powiewają na sznurach. W suterenie, w której mieszka bezrobotne małżeństwo z trojgiem dzieci, zapala się lampka. Zaniedbane przez landlordów domy przeżera wilgoć. W ogrodach przybywa gratów. Farba kruszy się z futryn. Jest ósma rano. Roznosi się zapach przypalonego mleka i tostów. Cała ulica, w której centrum znajduje się przedszkole, zanosi się płaczem. Niewyspane matki pchają wózki. Emigrant, uczestnik Arabskiej Wiosny Ludów, biegnie na pierwsza zmianę, aby powalczyć przy zmywaku. A Marks, dziś pręgowany dachowiec, nie reaguje, jakby zobojętniał na świat, przeciąga się i ziewa. Ożywia się dopiero wtedy, gdy listopadowy wiatr stracą liście z pożółkłego klonu i nabija je na druty wystające z ogrodzenia.


wtorek, 5 sierpnia 2014

Jerzy Jarniewicz o emigracji i o "Pamięci Smieny"

http://www.tekstualia.pl/index.php?DZIAL=teksty&ID=887

Przekład a doświadczenie emigracji. Studium przypadku

"Opisana tu podwójność tożsamości emigranta prowadzić może do jej rozmycia. A tożsamość rozmyta to taka, w której „swojskie” i „obce”, „stare” i „nowe” nie są wzajemnie wykluczającymi się określeniami, ale współistnieją, nachodzą na siebie, zamieniają się miejscami. Granica między „rodzimym” a „obcym” zanika, a oba te określenia tracą jednoznaczność, także jeśli chodzi o język, czyli podstawowe kryterium kulturowej przynależności. Dla emigrantki język kraju osiedlenia może przez długi czas pozostawać obcy, choć będzie się nim posługiwać na co dzień, ale co ważniejsze, jej język ojczysty może powoli zamieniać się w język obcy. O tym traceniu kontaktu z żywym językiem ojczystym, o procesie wyobcowywania się rodzimego języka Grzegorzewska opowiada jako o „szokującym” doświadczeniu:
„Odczuwam ciągły niedosyt języka polskiego. Gdy piszę opowiadania, chciałabym słyszeć żywy język. Dlatego staram się jak najczęściej oglądać polskie media, choć brakuje mi na to czasu. Zauważam bowiem przemiany w języku. Kiedy odwiedził mnie mój młodszy brat, uderzyło mnie, że on już mówi inaczej. ...”7 ."

sobota, 5 lipca 2014

Z dzienników Tomasza Manna

 przeł. Irena i Egon Naganowscy:

Środa, 14 VII, 1920
Problemy z Katią...(wycięty fragment). Mój związany z tym stan nie jest dla mnie zupełnie jasny. O rzeczywistej impotencji chyba nie może tu być mowy, lecz o zwykłym zagmatwaniu i zawodności mojego życia płciowego. Niewątpliwie chodzi tu o słabość podniety z powodu pragnień idących w inną stronę. Jakby to było, gdyby leżał przede mną chłopiec?...